Bijemy brawo, a potem Madi i Luis składają jej życzenia. Widzę, że się cieszy, że jest zadowolona, ale trapi ją to, że nie ma tu jej rodziców. Rodziców, którzy już tu nigdy nie będą, nigdy ich nie zobaczy. Rodziców, którzy ją kochali, którzy już o niej nie pamiętają. Jeśli wygra Bóg jeden wie co z nią zrobią, a jeśli przegra... Zostanie wysłana na Marsa. Wiem dlaczego ich tam wysyłają. Podobno jesteśmy lepsi, na ziemi już nie ma miejsca na budowanie budynków. Słowo "dom" już prawie nie istnieje, bo bloki mają po sto albo dwieście pięter, stoją jeden przy drugim. W starych podręcznikach widziałam kiedyś trawę. Roślina która się tak nazywa prawie już u nas nie występuje. Ja nigdy jej nie widziałam. Ale co to za problem dobudować kolejne piętra? Może już jest za wysoko? Nie, nie powinno, jeszcze są budynki osiemdziesięcio piętrowe. Można je jeszcze wyremontować. Ale moje zdanie przecież nic nie zmieni... Nie posłuchają dwunastolatki! A mogliby. Tylko... po co robić takie zamieszanie? Na co im eksperymenty? I to czwarte! Nagle okazuje się, że Luis stoi bardzo blisko mnie.
- Musimy porozmawiać- powtarza kolejny raz potrząsając moim ramieniem.- Kate, idziemy na górę. Dziewczyny, przepraszamy na momencik.
Łapie mnie za rękę i ciągnie po schodach do sypialni. Siadamy na łóżku. Co chce mi powiedzieć? Może po prostu pogadać? Nie, to nie zapowiada się na zwykłą rozmowę.
- Musze Ci coś powiedzieć. Okłamali mnie, ale już znam prawdę- zaczyna.
- Ale o co chodzi?
- Oni ich wcale nie wywożą na Marsa... Oni im wcale nie wymarza pamięci. Oni zwyczajnie ich zostawią w lesie na pastwę losu, a jak ktoś spróbuje uciekać przez teren badań. Nie czeka go długie życie. Chcę Ci tylko powiedzieć, że las nie jest mały. Jeśli chce się obejść rezerwat będzie to trwało chyba miesiąc. Dzieci raczej nie są przygotowane na życie w lesie, ponieważ to już ostatni. Nawet niewiele w nim jest roślin. Sam piach i drzewa. Tylko mamy teraz problem. Skoro odpadłem to dlaczego żyję? Dlaczego nie zginąłem w lesie?
- Nie wiem Luis, po prostu nie wiem- z oczu płyną mi łzy. Wiem, że Madi niedługo odpadnie, Angela może ma jakieś szanse, ale nie jesteśmy najlepsze. Mogę się założyć, że teraz, w drugiej turze skończę w dzikim, niebezpiecznym i ogromnym lesie. Nawet jeśli uda mi się z niego wydostać co dalej zrobię? Jak będę żyć?- A... Gdzie my w ogóle jesteśmy? Na jakim kontynencie?
-Na żadnym. W tym jest cały problem. Jesteśmy na wyspie...
- Jak to?!
- Niestety. Kate, musimy się pospieszyć. Nie wątpię w twoje umiejętności, ale uważam, że niestety nie dojdziesz do końca. Musimy coś zrobić! Ale co?
- Może coś w rodzaju buntu? Ucieczki?
- Nie mamy dość ludzi, a jak chcesz odpłynąć?
- Myślałam raczej o transporcie powietrznym.
- To się nie uda, a poza tym zostawisz tu wszystkich?
- Nie! Oczywiście, że nie, ale już nie wiem co mam robić...
Gdy schodzimy i siadamy z dziewczynami, Angela kroi tort. Luis wręcza jej bransoletkę, a Madison daje jej w prezencie fioletową sukienkę z pomarańczowymi elementami od nas. Widzę wszystko jakby przez mgłę, w zwolnionym tempie. Już teraz nic nie jest ważne...
Korytarz jest super. Genialna fabuła. Czekam na kolejne rozdziały z zaciekawieniem.
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń