Na początku wydaje się ładny, ale potem brzydnie. W ogóle świat jakby przyśpiesza. Nagle do sali wchodzi On. Ten, na którego tyle czekałam.
- Już? - Pyta siadając na przeciwko mnie, po drugiej stronie stołu.
- No.
- Nareszcie! Mam ci tyle do powiedzenia, Kate.
- Dobrze. Słucham.
- Po pierwsze, nie ukartowałem naszego spotkania.
- Nie? Jesteś pewien?
- Oczywiście, że jestem. Po drugie mam dla Ciebie propozycję.
- Mów dalej- ciekawię się.
- Bardzo wiele dla mnie znaczysz i nie pozwolę Ci odejść. Nie wytrzymam naszego rozstania. Czy udasz się do lasu, na jakąkolwiek inną planetę, czy Bóg wie gdzie, ale...
- Ale?
- Ale do jednego miejsca sam bym Cię wysłał. Do domu. I o to chodzi.
Co? Do domu? Do rodziców? Byłoby wspaniale! Ale...
Dlaczego zawsze jest jakieś a l e ?! Co z Luisem, Angela, Madison? Nie mogę wyjechać do domu jeżeli oni tu zostaną.
- Nie. Kate, to konieczność. Mogę Ci w ten sposób uratować życie, a to jest najważniejsze- Luis jakby czytał mi w myślach.
- Ja tak nie mogę.
- Musisz.
- Nie mogę Luis, nie mogę! Ty, dziewczyny.
- Dobrze, mam pomysł. Ja Ci dokładnie o wszystkim opowiem, a Ty się jeszcze zastanowisz.
- Nie!- Dlaczego ubzdurał sobie, że zawsze będę robić co będzie chciał?! - To jest chore! Nie mogę Was zostawić! Rozumiesz?
- Rozumiem. Gdybym wiedział, że tu jest bezpiecznie to bym nie robił zamieszania. Jak już Ci mówiłem to nie jest mój pierwszy eksperyment. Teraz wydaje Ci się, że wygrasz, bo dotychczas było prosto. Nie wszyscy co tu byli są wyjątkowi tak jak Ty. Niektórych specjalnie źle wybrali, żeby Was nastraszyć! Gdy zobaczysz co się będzie działo potem... To już nie biegi śmierci Kate, to straszne miasto.
Przez cały czas zastanawiam się nad słowami Luisa "To już nie biegi śmierci Kate, to straszne miasto". Potem opowiedział mi plan. Zaproponował, że wyjadę jak tylko skończy się straszne miasto. Nie wiem, czy pojadę. Chcę wrócić do domu. Zobaczyć mamę i tatę.
N i e.
Zostaję tu, nie mogę zachować się tak samolubnie. Co tu zrobić, żeby nie mogli kontynuować badań? Może wszyscy przegramy? Nie, tylko zginiemy, a oni zrobią kolejny pobór. A gdyby bunt? Tylko jak zebrać ludzi? Tutaj zwykły bunt nie pomoże.
Tu potrzeba w o j n y.
Chodź Kate, wsiadaj - Luis prowadzi mnie do małego samochodu. Wsiadam, kładę się w wyznaczonym miejscu. Zamykają się drzwi kopuły. Zaraz powinien się uruchomić gaz. Przez małą szybkę widzę jak prawni odciągają Angelę i Madison. Luis wysiada. Nagle strażnik wyciąga broń. Słyszę huk, a chłopak upada na ziemię.
O co chodzi?! Co się dzieje?!
Angela piszczy, a Madison również ląduje na chodniku w kałuży krwi. Kiedy prawny mierzy pistoletem w stronę krzyczącej Angeli już siedzącej przy ciele koleżanki zasypiam.
A!- Krzyczę otwierając oczy. Spocona siadam na łóżku.
- Kate, co się stało?- Pyta Angi.
- To tylko sen- staram się by w mojej głowie zabrzmiało to jeszcze wiarygodniej.
- Już czwarty taki w tym tygodniu. Coś jest nie tak.
- Madison ma racje. Jeżeli coś się dzieje to możesz nam przecież o tym powiedzieć.
- Wiem, ale po prostu koszmary.
- Mam nadzieję. Ja i Madi musimy coś obgadać. Wstawaj, śniadanie już czeka.
Mój czip zmienia kolor. To badanie jest inne. Nikt nie pcha się do startu, bo go nie ma. Stoimy w sporym zbiorowisku na środku jakiejś łąki. Co kilkanaście metrów mieszczą się małe domki. Prawie nic nie widać, bo jest koło północy.
Strzał.
To oznacza start? Ale co robić? Wszyscy rozbiegają się do domków, więc robię to samo. Biegnę do tego z lampą, ale ktoś zdążył tam dobiec przede mną. Wchodzę do tego obok. Ale tu ciemno, myślę. Rozglądam się. O co tu chodzi?! Jestem w domku i co? W kącie zauważam jakąś postać. Zaczyna krzyczeć. Aż podskakuję ze strachu.
Hej, Kochani. Co sądzicie o tym rozdziale? Co ma robić Kate? Piszcie!